Impuls numer siedem – szczęście

Zastanawiam się (ja głupia, nie wiem czemu się w ogóle zastanawiam) nad definicją szczęścia. Wiem, że to nie dla mnie, takie zastanawianie się, nigdzie mnie nie zaprowadzi, tylko pogmatwa jeszcze bardziej to, co powinno być proste. „Lepsze jest wrogiem dobrego” – uważam, że to całkiem niezła wymówka na wszystko, choć wcale nie traktuję tego jako wymówki dla siebie, naprawdę w to uwierzyłam. Od jakiegoś czasu nie chcę robić żadnych kroków w żadną stronę, ułożyłam się wygodnie na swoim miejscu i tak trwam. „Musisz się zastanowić, czego ci brakuje do tego i to zdobyć” – proste, tylko czemu takie trudne? Czy to zawsze jest tak, że nie istnieje prawdziwe szczęście bez tej drugiej osoby, z którą chce się je dzielić? Czy będąc samemu zawsze się ten brak odczuje, prędzej lub później? Znowuż przypomina mi się ten przesłodki serial „Gdzie pachną stokrotki”, gdzie miłość, choć szczera i silna, nie może jednak zaznać prawdziwego, całkowitego spełnienia, więc w jakimś sensie już na starcie skazana jest na klęskę. Jednak… wciąż tak trudno jest z niej zrezygnować. Nadzieja matką głupich – i spróbuj no być, człowieku, mądry!

Podanie do Śmierci – opowiadanie #5

Okna jaśniały blaskiem nowego dnia tak mocno, że niemalże oślepiały, gdy próbowało się w nie spojrzeć. Zupełnie, jakby próbowały powiedzieć: „To będzie najważniejszy dzień w twoim życiu, nie możesz zmarnować ani minuty”. Słyszał te słowa w swojej głowie, głośno i wyraźnie. „Prawda”, zgadzał się z nimi w myślach. „Nie będzie lepszego dnia, by umrzeć”.

Minęło tyle czasu… a może wcale nie aż tak wiele? Nie potrafił już rozróżniać upływających dni, tak mało go one obchodziły. Nie umiałby nawet powiedzieć, kiedy po raz ostatni wyszedł ze swojego mieszkania – może to było ledwie pięć minut temu, a może całe pięć lat?

Mówili: „musisz żyć”, ale nigdy nie tłumaczyli dlaczego. Nie wyjaśniali też, co to właściwie oznacza – „żyć”. Istnieć, funkcjonować, egzystować… czy może wegetować? Ile życia tak naprawdę było dotąd w jego życiu i jak wiele mu go jeszcze pozostało? Nie był pewien, czy w ogóle chciałby to wiedzieć. Chyba nie ma sensu znać prawdziwej wartości tego, co się utraciło, skoro nie istnieje już żaden sposób, aby to odzyskać.

Całymi latami budował wokół siebie tę skomplikowaną wieżę, póki nie sięgnęła chmur. Potem wciąż ją udoskonalał, dbał o nią, by nigdy nie przestała cieszyć ludzkich oczu i by zawsze potrafiła przynieść jakieś zaskoczenie. A teraz to wszystko runęło mu na głowę dosłownie w ułamku sekundy, nie pozostawiając sił, by samodzielnie wydobyć się spod gruzu.

Obrzucił obojętnym spojrzeniem swoją widną i przestronną kuchnię, przez chwilę rozważając zaparzenie sobie kawy, na którą tak naprawdę wcale nie miał ochoty. Będąc szczerym – nie miał ochoty zupełnie na nic i nie czuł zupełnie nic. Był cieniem samego siebie, niekończącą się pustką, otchłanią bez dna. Nie potrafił już myśleć o sobie inaczej, a wszystko, cokolwiek udało mu się w życiu osiągnąć, nie miało najmniejszego znaczenia. W swych własnych oczach był nikim i wierzył, że tak właśnie zostanie zapamiętany – jako jeden z wielu, anonimowa, nic nie znacząca twarz w tłumie. Jego żałosne sukcesy, niezależnie od tego, jak wielkie mogły mu się niegdyś wydawać, już wkrótce staną się jedynie marnym pyłem, rozwianym przez nieubłagany czas w gęstniejącą z każdą minutą ciemność otaczającej go rzeczywistości. Czy można polubić tak nieprzejednany mrok, a nawet zaprzyjaźnić się z nim? Nigdy nie poznał odpowiedzi na podobne pytania, choć czasem zdawało mu się, że zdołał swoją ciemność oswoić, przyzwyczaił się do niej i nauczył się z nią żyć, nie mógłby jednak nazwać jej przyjaciółką – bywała dla niego nazbyt okrutna i przytłaczająca.

Zrezygnował z kawy i śniadania – nie warto było tracić na nie czasu ani resztek energii. A poza tym nie był nawet pewien, czy w lodówce znalazłby cokolwiek poza chłodem i światłem. Do tego, co planował, potrzebował jedynie chwili spokoju i jasnego umysłu. Tylko tyle i aż tyle – szczególnie biorąc pod uwagę cały ten mętlik, który miał w głowie już od dłuższego czasu.

Wolnym krokiem zawędrował do swojego gabinetu, gdzie przywitało go biurko niemal całkowicie przykryte zasłoną z pomiętych i zabazgranych kartek, spod których nieśmiało wyglądał telefon i laptop. Zdawał sobie sprawę, że zarówno automatyczna sekretarka, jak i skrzynka mailowa nie mieszczą już kolejnych wiadomości, przytłoczone ich nadmiarem. Nie musiał nawet tego sprawdzać. Podobnie musiało być ze skrzynką pocztową, do której nie zaglądał od wieków. Czasem jeszcze zdarzało mu się usłyszeć dzwonek do drzwi albo nawet zniecierpliwione pukanie i krzyki, w których niepokój mieszał się z irytacją, lecz mało go to wszystko obchodziło. Był pewien, że większość z tych ludzi rzeczywiście starała się z nim skontaktować ze szczerej troski – była to jednak troska nie o niego, lecz o ich własną przyszłość, która w mniejszym lub większym stopniu się z nim łączyła. Wszak nadal miał wiele niewypełnionych zobowiązań, zapomnianych obietnic i niezrealizowanych planów. Cóż, będą musieli jakoś sami z tego wybrnąć, dla niego liczył się tylko jeden plan, inne sprawy nie były już jego zmartwieniem.

Zrzucił kartki z biurka i przez chwilę rozważał sięgnięcie po maszynę do pisania. Zawsze uwielbiał to miarowe, charakterystyczne stukanie – było dla niego najdoskonalszym symbolem tworzenia, metaforą narodzin i powoływania do życia potworów, które dotąd istniały jedynie w ciemnych zakamarkach jego wyobraźni. Wierzył, że poprzez nie manifestuje się jego dusza, a konkretnie wszystkie te jej odcienie, które tylko siłą woli starał się trzymać w ukryciu. W pewnym momencie swojego życia traktował to jak terapię – miał nadzieję, że wyrzucając je z siebie, pozwalając im nabrać realnych kształtów i zaistnieć w niemal fizycznej formie, pozbywa się tego ciężaru i staje się równocześnie lepszym i szczęśliwszym człowiekiem. To nigdy nie była prawda, to było jedynie coś, w co bardzo mocno chciał wierzyć.

Odrzucił pomysł z maszyną do pisania – ostatnie słowa wypada spisać odręcznie, by nikt nie zwątpił w ich szczerość. Ten ostatni ślad musiał być na wskroś osobisty, nawet gdyby nikt go nigdy nie odnalazł i nie przeczytał. Oby tylko dotarł do tej, dla której był przeznaczony.

Zasiadł za biurkiem i sięgnął do najbliższej szuflady w poszukiwaniu czegoś do pisania. Jak na złość nigdzie nie było jego ulubionego długopisu – bo miał swój ulubiony, to było jedno z tych najmniej groźnych i denerwujących przyzwyczajeń, jakie mu jeszcze pozostały. Nie było też żadnego innego przedmiotu, którym mógłby spisać swoje myśli – nawet głupiego ołówka. Wyjął po kolei wszystkie szuflady i bez namysłu wyrzucił ich zawartość na podłogę. Niczego to nie zmieniło, pomnożyło jedynie już istniejący bałagan, a on był nazbyt zmęczony, by choćby spróbować się przezeń przekopać. Zaczął wolno przekładać kartki na biurku z nadzieją, że znajdzie choć jedną, która do czegoś się nada. One jednak po kolei okazywały się wymięte, potargane, pokreślone, poplamione lub wszystko to równocześnie. Niemal zrezygnował już z tych bezowocnych poszukiwań, gdy jego oczom ukazała się wreszcie ta jedyna, nieskalana, doskonała – tak biała, że aż zmrużył oczy na jej widok. A spod jej prawego górnego rogu nieśmiało wychylał się on – syn marnotrawny spośród przyborów do pisania, co znika i odnajduje się wyłącznie wedle własnego widzimisię. Wreszcie mógł ująć go w palce i dopiero wówczas dostrzegł, jak mocno drżą mu dłonie.

Ostrożnie wygładził kartkę, starając się zebrać myśli. Trzymany w ręce długopis zawisł tuż nad nieskazitelną bielą, jakby bał się w jakikolwiek sposób naruszyć jej harmonię. A może nie mógł się przełamać, ponieważ pusta kartka zwyczajnie odbijała pustkę panującą w jego głowie, sercu i duszy? Niedawny chaos przemienił się w zobojętnienie – w takim stanie nie potrafił nawet się podpisać, a żaden dokument nie miał pełnej wartości bez podpisu. Odłożył długopis i ukrył twarz w dłoniach. Zawsze uważał, że te cholerne leki tylko otępiają mu zmysły, nie pozwalają mu stawać się kimś lepszym, trzymają go przy ziemi niczym łańcuchy, krępują mu ruchy niby wielka, utkana z tytanu pajęczyna. Tak, pajęczyna była doskonałym porównaniem – prędzej czy później każdy człowiek w jakąś wpada i zwykle szamocze się potem bez ładu i składu, zupełnie nie dostrzegając całej beznadziejności swych czynów. On zorientował się akurat w samą porę, dlatego przestał brać leki. A może przestał je brać, bo zwyczajnie nie miał już dla kogo tego robić?

Podniósł wzrok, gdy ciche stukanie przedarło się przez jego myśli. Na początku nie był pewien, czy naprawdę je usłyszał, czy zwyczajnie to sobie wyobraził. Ono jednak powtórzyło się jeszcze raz, a potem kolejny. Podążył wzrokiem za źródłem dźwięku i zamarł w zdumieniu. „Skąd się tu wzięłaś?”, zapytał ją w myślach, jakby sądził, że zdoła go usłyszeć. Ona przekręciła wówczas lekko głowę, jakby tak się faktycznie stało i wpatrzyła się w niego jednym z czarnych, błyszczących oczu. Co prawda to gołębie najczęściej kojarzono z roznoszeniem poczty, lecz czemu dla niego nie miałaby tego uczynić jaskółka? Był przekonany, że tylko jej może udać się zanieść tę dobrą nowinę dokładnie tam, gdzie trzeba.

„Cierpliwości”, pomyślał. „Niedługo się doczekasz”. Wyprostował się na krześle i ponownie sięgnął po długopis. Chwilę później pierwsze litery spłynęły na papier, przynosząc swego rodzaju ulgę.

 

***

 

PODANIE O ŚMIERĆ

 

***

 

A może powinno być „do Śmierci”? Obie wersje brzmiały teraz dla niego równie patetycznie, lecz na pewno nie zamierzał już niczego zmieniać ani przekreślać. To musiało być czyste, szczere i przekonujące.

Rzucił przelotne spojrzenie ku siedzącej na parapecie jaskółce. Był pewien, że tam zostanie, póki on nie skończy tego, co zaczął. Wyobraził ją sobie szybującą po jasnym niebie niby czarny przecinek postawiony przypadkiem na pustej przestrzeni papieru – samotny i niepotrzebny, nie będąc częścią żadnego zdania, lecz dzięki temu również wolny od wszelakich przywiązań czy przynależności. Wielokrotnie próbował w życiu pogodzić potrzebę niezależności ze zwyczajnym, ludzkim pragnieniem bycia kochanym i akceptowanym. Teraz wreszcie rozumiał, że to nigdy nie było możliwe.

 

***

 

Zawsze chciałem być czymś więcej, niż tylko przecinkiem we wszechświecie. Kimś więcej. Pełnym zdaniem – i to najlepiej takim, które miałoby głębszy sens i ukryte przesłanie. Sentencją, która tak sprytnie wkrada się w pamięć, że nie sposób jej stamtąd wyrzucić całymi latami. Miast tego byłem jedynie pustosłowiem – niewartym, by marnować nań czas.

Wyczerpałem już wszystkie słowa, które cisnęły mi się na usta i na papier całymi latami. Przez chwilę pozwalałem, by to inni decydowali, co jest dla mnie najlepsze. Oddałem im całą odpowiedzialność, uwierzyłem, że naprawdę mogę być w tym zacnym gronie, któremu do zyskania szczęścia i spokoju wystarczy odpowiednio dobrana dawka węglanu litu i wsparcia kilku bliskich osób. Początki zawsze są najtrudniejsze – dlatego powrót do tak zwanej „normalności” wymaga nieskończonych pokładów cierpliwości i ostrożności. Podobno człowiek jest w prawdziwym niebezpieczeństwie dokładnie w chwili, gdy leki zaczynają działać – wciąż zbyt słaby, aby chcieć żyć, lecz już wystarczająco silny, aby to życie zakończyć. Podobno… bo ja nigdy nie chciałem ze sobą skończyć, zawsze miałem jakiś plan, który musiałem doprowadzić do końca. W moich najlepszych momentach, które inni zwali szaleństwem lub manią, potrafiłem zrealizować je wszystkie na wiele różnych sposobów i wciąż gonić za czymś więcej. Zawsze jednak przychodzi ten moment, gdy nie zostało już nic do dodania i należy wreszcie postawić ostatnią kropkę. Dla mnie nadszedł właśnie teraz.

Będąc w pełni władz umysłowych, bardziej rozsądny i zdecydowany niż kiedykolwiek, całkowicie świadomie piszę, co myślę i czuję – przeżyłem już wszystko, co przeżyć chciałem i niejedno, o czym wolałbym zapomnieć. Nie widzę przed sobą żadnej drogi, którą mógłbym podążyć, dlatego zwracam się z uprzejmą prośbą do Ciebie, Szanowna Śmierci, gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz, nie każ mi dłużej czekać naszego spotkania, na które tak pieczołowicie przygotowywałem się każdą przeżytą minutą. Zapewne nie jestem dla Ciebie priorytetem, nie mam prawa stawiać Ci żądań ani nawet próśb, wszak to nie w moich rękach spoczywają marzenia i nadzieje tysięcy ludzi. Wiem jednak, że znasz wielu takich, którzy oddaliby cały swój dobytek, bylebyś tylko jeszcze na jakiś czas o nich zapomniała. Dla dobra sprawy zrzekam się więc wszystkich sekund, minut, godzin, dni, tygodni, miesięcy bądź też lat, które wciąż pozostają zaksięgowane na moim koncie. Rozdziel je wedle własnego uznania tym, którzy potrzebują ich bardziej ode mnie, zachowaj dla siebie lub zniszcz. Proszę tylko o jedno – nie zmuszaj mnie, bym sam je przeżył.

Wiem, że spodziewałaś się po mnie czegoś więcej – powinienem potrafić napisać coś lepszego niż tylko litanię narzekań sfrustrowanego i zmęczonego człowieka. Może nigdy tak naprawdę nie zasługiwałem na to, co mnie spotkało – żaden ze mnie pisarz, a jedynie nieudacznik i grafoman. Gdy już się spotkamy, śmiało możesz roześmiać mi się za to w twarz. Wierzę, że nie będziesz z tym długo zwlekać, już czuję, jakbyś zaglądała mi ze zniecierpliwieniem przez ramię…

 

***

 

Niespodziewany dreszcz niemal na zawołanie przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa. Czarnooka jaskółka zastukała delikatnie w szybę, jakby próbowała go ponaglić. Uśmiechnął się krzywo, nim powrócił do pisania.

 

***

 

Proszę o pozytywne rozpatrzenie mojej prośby i jak najszybszą odpowiedź.

 

Z wyrazami nadziei i szacunku,

 

Adam

 

***

 

Mrużę oczy przez jaskrawe światło zza okna. Jestem przyzwyczajona do półmroku, słońce mi nie służy. Delikatnie uderzam palcem w szybę, skłaniając moją małą, skrzydlatą przyjaciółkę, by na mnie popatrzyła. Wówczas ona przekrzywia nieznacznie łebek, a ja podążam za jej spojrzeniem w stronę siedzącego za biurkiem mężczyzny. Za jego plecami już od dłuższego czasu stoi mój brat. Przygląda się w milczeniu spisywanym na białej kartce słowom, choć żadne z nich nie jest przecież skierowane do niego. To on mnie tu przyprowadził. Adam, ten pisarz, nie spał od wielu godzin, zdecydowanie zbyt wielu. Wcześniej mój brat często podsyłał mu inspirujące sny, a potem obserwował z zadowoleniem, jak Adam tka z nich coraz mocniejszą pajęczynę, którą tak szczelnie się oplata, że nawet mnie byłoby teraz trudno się przez nią przedrzeć. Widzę wyraźnie wszystkie te cienkie nitki, które owinęły się wokół jego dłoni i palców, utrudniając przelewanie równie splątanych myśli na papier. Prędzej czy później to musiało się tak skończyć – zniszczył samego siebie, wzniecając nazbyt gorliwy płomień.

– Przygotowałaś już dla niego miejsce – stwierdza niespodziewanie mój drogi brat, kładąc dłoń na ramieniu Adama.

– Nie jestem na niczyje zawołanie – prycham niechętnie, choć doskonale wiem, że tym razem zwyczajnie dałam się zwabić. Jaskółka, symbol nadziei, niezawodna towarzyszka mego brata, także zdawała się niebywale wręcz zaintrygowana. Początkowo nie rozumiałam, dlaczego wciąż siedzi na tym parapecie, teraz jednak, przyglądając się zaciętemu wyrazowi twarzy Adama, gdy stawiał ostatnią kropkę w historii swego życia, pojęłam, że on nie posiada już niczego prócz nadziei – czystej nadziei na to, że przyjdę, by spełnić tę jego ostatnią rozpaczliwą prośbę i uwolnić go z więzów, którymi sam się skrępował. A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że naprawdę czuję się gotowa to uczynić.

Adam w kilku pewnych ruchach składa zapisaną kartkę papieru i patrzy w stronę okna. Przez przelotną chwilę mam wrażenie, że jego wzrok zatrzymuje się wprost na mnie, lecz on tak naprawdę wpatruje się w niepozorną jaskółkę, nadal wygrzewającą swoje pióra w porannym słońcu. Pod wpływem impulsu wyciągam rękę, by lekko uchylić okno. Lekki podmuch wiatru porusza zasłoną i kilkoma leżącymi na podłodze kartkami. Adam powoli wstaje z krzesła, a ja już wiem, że doskonale odgadł, co chciałam mu przekazać.

– Ostrożnie – słyszę jeszcze szept mego brata, choć nie potrafię stwierdzić, czy mówi to do mnie, czy może do niego. „Im wyżej się wespniesz, tym boleśniejszy czeka cię upadek” – mam ochotę odpowiedzieć, lecz uparcie milczę w tych kilku chwilach oczekiwania, które zdają się trwać wiecznie. Wiem, że Adam się jeszcze waha, ja zresztą również. I wiem, że któreś z nas musi w końcu przerwać to wahanie.

– Chodź – odzywam się wreszcie, chociaż on mnie przecież nie słyszy. Zaraz potem wyciągam ku niemu swą kościstą dłoń. – Nauczę cię latać.

Impuls numer sześć – przecinek

Sen jest dobry na wszystko. Tak mówią, może nawet tak myślą. Ale sen wychodzi najlepiej, gdy pozwoli mu się przejąć pełną kontrolę nad wszystkim innym. Pozwala nie myśleć, nie czuć, nie rozważać – a to wszystko można streścić w jednym słowie: „odpoczynek”. Tego mi właśnie potrzeba – odpocząć, ale z jakichś przyczyn tego nie robię. Mimo że nie mam już siły ogarniać wszystkich i wszystkiego, chyba wcale nie próbuję zaprzestać. Miewam dziwne uczucie, że nie nadążam sama za sobą, nie umiem siebie do końca zrozumieć i rozgryźć, a za każdym razem, gdy chcę zrobić krok w przód, robię dwa kroki w tył. Ale żeby nie było, że wciąż narzekam – nadal mam swój odwieczny cel i chyba tylko on dodaje mojemu życiu nieco sensu.

Nie chcę być tylko przecinkiem we wszechświecie – jednym z wielu, może nawet niezwykle istotnym, bo zależy od niego istota całego zdania, lecz mimo wszystko prędko zapomnianym. Chcę być pełnym zdaniem – tym, które pozostanie w pamięci nieco dłużej niż ułamki sekund, takim, które ma jakiekolwiek znaczenie i niesie ze sobą jakąś historię. Strasznie to egocentryczne, co? Zupełnie, jakbym stanęła na dachu wieżowca i oznajmiła, że to wokół mnie i dzięki mnie kręci się cały świat. Nie chcielibyście żyć w takim świecie, w rzeczywistości, która zależy od kogoś innego, w której sami jesteście jedynie przecinkami w zdaniu, z którym się nawet nie zgadzacie. Każdy woli być całym zdaniem, istotą rzeczy, która wyznacza szlak i wskazuje kierunek zagubionym. I być może każdy nim jest, tylko że nie wszystkie zdania chce się pamiętać. To my sami musimy się postarać, by o nas pamiętano. Albo chociaż stworzyć dla siebie ułudę, że naprawdę istnieliśmy „po coś”, żeby nie było tak bardzo żal, gdy już przyjdzie odejść w ponurą niepamięć.

Morfiniści – opowiadanie #4

Pamiętał ten pierwszy raz, jakby to było wczoraj. A jeszcze wyraźniej pamiętał samego siebie sprzed tamtego dnia – tę pustą skorupę, która pozostała z naiwnego marzyciela po latach zmagania się z nieukojonym bólem egzystencjalnym. Już wtedy z własnego doświadczenia doskonale znał działanie wielu rozmaitych używek – i wszystkie go zawiodły. Żadna z nich nie zdołała uwolnić go od bólu czy chociażby sprawić, by stał się on dla niego bardziej znośny, przynajmniej nie na długo. Do czasu, aż wreszcie trafił na nią. Ona była remedium na wszelakie cierpienie, jakie kiedykolwiek go spotkało lub dopiero miało spotkać. Ona była niespodziewanym, lecz długo wyczekiwanym ratunkiem i bardzo prędko stała się dla niego wszystkim – całym światem, w oddzieleniu od którego nie potrafił i nie chciał już egzystować. Dopiero dzięki niej naprawdę uświadomił sobie, jak bardzo nienawidził dawnego siebie – bo ona go odmieniła, ulepszyła, uczyniła szczęśliwszym i silniejszym. Pomogła mu się ukształtować w najlepszą możliwą wersję samego siebie i był jej za to piekielnie wdzięczny.

A skoro już o piekle mowa… Życie z nią wcale nie należało do najłatwiejszych, lecz bez niej było jeszcze gorzej. Dziś odczuwał to z wyjątkową mocą. Ręce tak mu się trzęsły, że nie był w stanie nawet utrzymać w nich kubka z kawą. Natomiast sam zapach ciemnego napoju, który przecież uwielbiał, tym razem zaczynał powoli przyprawiać go o mdłości. Już trzeci dzień nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. Całymi godzinami miotał się w tę i z powrotem, dziwnie podekscytowany i zaniepokojony. Przedwczoraj zbił dwa talerze i cholerną lampkę do wina. Jakiś niewidoczny odłamek szkła chyba tkwił od tamtej pory gdzieś głęboko pod jego skórą, drażniąc i sprawiając pulsujący wzdłuż wszystkich nerwów ból. W nocy nie mógł przez niego spać, aż w końcu, gdzieś nad ranem, udał się do kuchni po dobrze naostrzony nóż z zamiarem użycia go do wykrojenia intruza ze swojego ciała. Zmienił zdanie w ostatniej chwili, gdy jego uwagę przyciągnęła przygasająca za oknem latarnia. Miał wrażenie, że ktoś próbuje za jej pomocą nadać do niego wiadomość alfabetem Morse’a, więc spędził długie godziny, próbując ją odczytać i zrozumieć. Nawet gdy świt nakazał latarni wreszcie zakończyć tę grę światła i cienia, w głowie obserwującego ją mężczyzny wciąż mnożyły się pytania bez odpowiedzi. Pogrążał się wolno w bezdennym oceanie własnych domysłów, które ostatecznie i tak powróciły ku niej – tej, która bezwiednie stanowiła o jego życiu lub śmierci.

To wszystko było wszakże jej winą. A może raczej zasługą? Sama myśl o niej paliła go w żyłach żywym ogniem. Teraz wiedział już na pewno, że zostali ze sobą połączeni na zawsze. Nigdy nie zaznał silniejszej więzi – zżerała go ona od środka, czyniąc całkowicie bezbronnym. Było to jednocześnie najlepsze i najgorsze uczucie, jakiego kiedykolwiek doznał.

Wczoraj jednak przygniótł go gęsty, lepki mrok. Zrodził się nagle, z niespodziewanego przeczucia, że to koniec i że łatwiej byłoby mu zginąć, niż żyć z bólem utraty. Cały dzień przeleżał w łóżku, wgapiając się beznamiętnym spojrzeniem w nierówny sufit, po którym w pewnej chwili zaczął spacerować długonogi pająk. „On chociaż wie, po co żyje” – przemknęło mu wówczas przez myśl. Zapragnął być jak on – wolnym od łańcuchów codziennie podejmowanych decyzji, mogącym kierować się wyłącznie prostym instynktem przetrwania. Tylko dzięki jej pomocy potrafił właśnie tak się czuć. Dzięki niej mógł być pająkiem, a bez niej jedynie zaplątaną w jego sieć muchą.

A dziś? Dziś tylko czekał, wsłuchując się w miarowe tykanie zegara. Coraz głośniej odbijało się ono echem w jego głowie, uderzając w nią wolno i metodycznie, jakby chciało rozsadzić mu ją od środka. Teraz trząsł się już cały, a po plecach spływały strużki zimnego potu. Niezrażony niczym zegar tykał nadal. Czas nigdy się nie zatrzymuje ani nie patrzy wstecz, jednak dla samotnego, zmęczonego bezcelową egzystencją człowieka, wspomnienia nazbyt często są wszystkim, co pozostaje.

Pamiętał początki, jak przynosiła mu błogi spokój i ukojenie. Jak dzięki niej zapominał o swym bólu, kołysząc się spokojnie na wzbierających falach euforii. Cały świat w jednej chwili stawał się nieskończenie piękny, a on pragnął go odkrywać na nowo, dogłębnie poznawać wszystkimi zmysłami. Nie istniały głód, zmęczenie ani beznadzieja codzienności. Słyszał i czuł każdy oddech, każde uderzenie serca, mocniej i wyraźniej, niż kiedykolwiek. Był niczym pająk pożerający swoją ofiarę – przetrwanie było jedynym słusznym sensem istnienia i wyłącznie z niego czerpał całą siłę i radość. Wszystko inne odchodziło w niepamięć.

– Jak długo jeszcze? – pytała go czasami, gdy zatapiali się razem w oceanie spokoju i spełnienia. Nie rozumiał tego pytania, bo wcale nie chciał zrozumieć. Nie chciał też na nie odpowiadać, bo żadne słowa nie przychodziły mu wówczas łatwo. Może to był właśnie jego błąd?

Całe życie szukał dokładnie takiej jak ona – dziewczyny niczym morfina, która zawładnęłaby nim już przy pierwszym dotyku i nigdy nie opuściła. Wiedział, był pewien, że ona również go szukała, że był dla niej tak samo ważny, że oboje zatracili się w sobie jednakowo. Odeszła jednak, wpierw uzależniając go od siebie i nie pozwalając zapomnieć. A teraz pozwalała, by tu gnił, niczym owoc, który za wcześnie spadł z drzewa. Pozwalała, by wypatrywał jej każdego dnia i nocy, by szukał jej na jawie i w snach, wierząc, że wciąż może ją odzyskać.

Jego jedynie uzależnienie – dziewczyna podobna morfinie, zdolna ukoić wszelki ból, lecz nazbyt cenna i unikatowa, by móc mieć ją tylko dla siebie. Prędzej czy później wszystko znika, wszystko przemija i wszystko umiera. Nawet statki buduje się po to, by w końcu pozwolić im zatonąć.

Czy oni właśnie tonęli?

Impuls numer pięć – czas

Czego najbardziej nie lubię w czasie? Prawdopodobnie tego, co każdy – że upływa. Przecieka przez palce niby woda, pozostawiając jednak po sobie nieprzyjemny, szpecący osad. Bo przecież wraz z tym jego upływem wszystko powoli, acz systematycznie i nieubłaganie niszczeje, rozpada się, odchodzi w zapomnienie, by zwolnić po sobie miejsce dla nowego, lepszego, piękniejszego, które kiedyś również, w podobny sposób, zostanie pochłonięte przez wir niepamięci. Jesteśmy tylko tym, czym nas stworzono i czym tworzymy się sami, a zatem w ogólnym rozrachunku – prochem i niczem. Szklaną kulą splątanych ze sobą emocji, wrażeń, potrzeb i tęsknot – gdy ktoś przez nas spojrzy, dostrzec może kawałek świata nami zniekształcony, przetrawiony po naszemu, a zatem sensowny i prawdziwy wyłącznie dla nas – nasza własna, mała ułuda, o której istnieniu czasem nawet nie mamy pojęcia. Pielęgnujemy w nas potrzebę szukania w życiu celu i sensu, ale nigdy się nie zastanawiamy, co by się stało, gdybyśmy je naprawdę znaleźli. I czy w ogóle chcemy je odnaleźć, tak naprawdę.

Codziennie niszczę i marnuję sobie życie. Tak po prostu, tym tylko, że żyję. Tym, że się kiedyś urodziłam i kiedyś będę musiała umrzeć. Chyba wcale nie chcę walczyć ani z tą świadomością, ani z prawami natury. Czy zostanie po mnie cokolwiek poza prochem i niczem? Chciałabym, żeby zostało, ale wbrew wszystkiemu, co mówią, chcieć nie zawsze znaczy móc. Ale pisać jeszcze mogę, ku chwale własnego, niepoukładanego umysłu. Teraz i na przyszłość, amen.

Impuls numer cztery – co rozkwitło, musi kiedyś zwiędnąć

Jestem wodą, falą, strumieniem, oceanem, który wzbiera w tsunami. Tylko jestem i aż jestem. Miałam taki moment, taki fajny moment, niedawno, nocą, bo noce są najlepsze, by rozkwitnąć – coś wiem o tym i nie tylko ja to wiem, prawdopodobnie. Na tym polega moje wieczne nieogarnięcie – chcę może za mocno, zależy mi bardziej niż powinno, a w sumie najlepiej po prostu pozwolić sobie żyć. Niestety, nie da się zatrzymać czasu, nie da się wcisnąć pauzy, gdy nie umiemy znieść pędu, zamętu, wiru, w który wpadliśmy. Trzeba jakoś z tym żyć, trzeba żyć ze sobą, patrzeć sobie w oczy i odczytywać z nich to, co kryje się między wersami – prawdziwego siebie. Tę stronę siebie, której nie znamy, tę, której się boimy, tę, której poznać nie chcemy, a jednak ona tam siedzi i uśmiecha się zachęcająco. A może szyderczo? Ironicznie?

Cudze oczy zawsze widzą inaczej – czasem więcej, czasem mniej, czasem tylko to, co chcemy im pokazać, a czasem to, co bardzo chcielibyśmy ukryć. Tak jak my widzimy to w innych, tak oni widzą w nas – jakieś nieznane, tajemnicze części jednej wielkiej układanki, której celu i sensu nie potrafimy dostrzec, choć próbujemy ją poskładać w całość z uporem maniaka. Niejeden maniak byłby dumny.

Wszystko, co tworzymy i jak tworzymy jest mimowolną częścią tej właśnie układanki – układanki stworzonej z naszego jestestwa, z naszej podskórnej istoty. Nie z wszystkiego potrafimy i chcemy zdać sobie sprawę, ale to cały czas jesteśmy my – nasza dogłębna własność, najbardziej własna i indywidualna, jaka istnieje. Dlatego wcale nie jest tak łatwo się nią dzielić. Mnie nigdy nie było łatwo, ale teraz… Teraz to chyba trochę jak terapia, jak przyglądanie się samej sobie oczami innych. Coś absolutnie nie do zastąpienia, coś, czego może mi zacząć brakować jak tlenu, tylko z pewnym opóźnieniem. Bo to chyba jest jakiś rodzaj tlenu – rozszarpywanie siebie na strzępy i składanie z nich zupełnie nowych obrazów, znaczeń, sensu. Tak, lubię to robić i możne nawet polubiłam wychodzić z tym do ludzi. Ludzie bywają niezwykle inspirujący, nawet o tym nie wiedząc. Czasem to aż takie proste, że nie mogę się temu nadziwić. Cholera.

Zawsze warto posilić się też inną perspektywą:


http://www.opowi.pl/niedopowiedziane-a23566/


http://www.opowi.pl/pamietnikarstwo-nocne-kwiaty-2-a23565/

Impuls numer trzy… prawdopodobnie

Tak to bywa w życiu, że nie z wszystkiego zdajemy sobie sprawę tak od razu. Nie z wszystkiego w ogóle chcemy sobie zdać sprawę, a z wielu rzeczy zwyczajnie nie potrafimy. Choć mawiają, że samo uświadomienie sobie tego mroku, tej ciszy, tej burzy, tego krzyku… czy czegokolwiek innego, co gdzieś w nas siedzi, skryte pod kocem, przerażone możliwością ujrzenia światła dziennego, jest krokiem naprzód.  Jest szansą, od której trzeba zacząć. Wierzę w to? Nie wiem, nie umiem powiedzieć. Wiara jest wiarą, bo nie potrzebuje i nie wymaga dowodów. Wiara jest wiarą, bo jest wiarą. Amen. Świadomość już nie jest wiarą, jest pewnością. W pewnym sensie.

Pewien mężczyzna, długo szukając w portfelu potrzebnej kwoty pieniędzy, ni z tego, ni z owego, zastanowił się nagle, by w końcu stwierdzić: „Chyba jestem pijany”. Na swój sposób odkrywcze, ale odkryte jedynie po to, by chwilę potem o tym zapomnieć.

Tak bywa ze wszystkim, bo odkrywanie samego siebie nigdy się nie kończy. Bo czasem zapędzamy się w kozi róg i nie umiemy zawrócić. Bo czasem musimy być inną wersją siebie – dla innych albo tylko dla siebie. Po to tylko, by za chwilę zapomnieć. Albo po to, by na chwilę zapomnieć.

Tak więc miałam ochotę stwierdzić jakąś oczywistość, więc stwierdziłam, że muszę znów zaczerpnąć motywacji, muszę przygwoździć się do muru, by coś ulepić. I zaczęłam lepić golema, który chwieje się w posadach. Ale chcę mu nadać życie i imię – bo po nich go zapamiętam, nawet jeśli nie uczyni tego nikt inny. Wytwory naszej wyobraźni i wysiłku bywają jak robactwo – podgryzają, dręczą, budzą lęk czy nawet obrzydzenie, ale nigdy nie będzie możliwym całkowite ich wytępienie. Nawet jeśli nastanie najsroższa z zim, ona również kiedyś się skończy, a one po niej odżyją, powrócą z nową siłą. Możemy ich nie znosić, ale tak naprawdę są nam potrzebne i to się nigdy nie zmieni.

Kto by pomyślał…?

Odchodzę – opowiadanie #3

– Kurwa, jak ciasno – jęknął, wykrzywiając usta w grymasie. Zdążył już poczerwienieć na twarzy z wysiłku.

– Myślałam, że faceci lubią, gdy jest ciasno – odparła sarkastycznie, przewracając przy tym oczami. – Lepiej zagęść ruchy, inaczej nigdy do niczego nie dojdziemy, a ja umrę tu z nudów. I spóźnimy się na tę pieprzoną kolację.

– Zupełnie jakby któreś z nas w ogóle chciało tam iść – odgryzł się od razu.

– Spróbuj trochę bardziej w prawo – poinstruowała go zdecydowanym tonem. – Tylko jakieś kilka milimetrów…

– Może wolałabyś zrobić to sama, skoro wszystko lepiej wiesz? – burknął, coraz wyraźniej poirytowany. – Po co w ogóle jestem ci potrzebny?

– Coraz częściej myślę, że nie jesteś. Dlatego na twoim miejscu postarałabym się nieco bardziej, by mnie przekonać, że jednak jest inaczej.

– Nie muszę cię już do niczego przekonywać. Jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś, to powiem wprost. Przestało mi zależeć na twoim zadowoleniu dokładnie wtedy, gdy tobie przestało zależeć na moim, czyli jakieś dwadzieścia cztery godziny po ślubie.

– Chyba trochę przesadziłeś. – Tym razem wyglądała na szczerze oburzoną. – Dwadzieścia cztery godziny to za dużo o co najmniej dwadzieścia trzy. Kończysz wreszcie, czy mam to zrobić sama? Mówiłam, żebyś użył jakiegoś nawilżacza…

– Nawilżacza? – prychnął, rzucając jej pobłażliwe spojrzenie. – Nie mierz wszystkich swoją miarą, moja droga. I bez tego jestem w stanie sięgnąć wystarczająco głęboko… o, już prawie się udało…

– Co ty nie powiesz? Ja jakoś tego nie czuję… Spróbuj może trochę mocniej… o, tak, od razu lepiej… jeszcze trochę… Wreszcie zaczęło się coś dziać, tylko tego nie zepsuj…

– Jeśli się nie zamkniesz, zaraz minie mi cały zapał.

– Nie mogę, bo chyba właśnie dochodzę… – zawiesiła głos i ruchem głowy odrzuciła do tyłu falującą kaskadę ciemnych włosów. – …do wniosku, że powinniśmy się wreszcie rozstać – dokończyła po chwili, akurat w momencie, w którym on zakrzyknął tryumfalnie:

– Jest! Mam! – W jego wyszarpniętej nagle z odpływu dłoni zalśniła szczerozłota obrączka. – Mówiłaś coś? – zwrócił się do zaglądającej mu przez ramię żony, która tylko cicho westchnęła.

– Po cholerę w ogóle tak zawzięcie szukałeś tej obrączki, skoro i tak nic już dla ciebie nie znaczy? – zapytała, gdy współmałżonek założył niedawną zgubę na swój serdeczny palec.

– Złoto to złoto – skomentował, wzruszając niedbale ramionami. – Poza tym, jakby to wyglądało, gdybym poszedł do twoich rodziców bez obrączki? Od razu zaczęłoby się to ich gadanie. Sama wiesz, jacy są konserwatywni.

Chciał powiedzieć „zacofani”, „upierdliwi”, „irytujący”, ale konserwatyzm pasował równie dobrze. Sam nie był pewien, dlaczego wciąż stara się zachowywać pozory. Najwyraźniej siła przyzwyczajenia była silniejsza niż logika i rozsądek.

„Wiem, tylko dlatego jeszcze od ciebie nie odeszłam” – chciała odpowiedzieć ona, ale w porę się powstrzymała. Nie było już czasu ani sensu dalej sobie nawzajem dogryzać. Zapewne dokończą tę fascynującą rozmowę po kolacji, o ile w ogóle będą jeszcze mieli wtedy ochotę się do siebie odzywać. Zaczynało ją to już męczyć – udawanie, uparte unikanie prawdy i szczerości również względem samych siebie, choć od dawna było wiadomo, że nic już z tego nie będzie. Nie da się wskrzesić ognia z popiołów. Było, minęło.

– Możemy już iść? – odezwała się z wyraźnym zniecierpliwieniem w głosie. – Posprzątam ten bajzel po powrocie. Zaraz naprawdę się spóźnimy.

– Spokojnie, mamy jeszcze chwilę – odparł, wycierając dokładnie umyte dłonie w ręcznik. Zawsze był dość pedantyczny, więc trochę go bolało, że będzie musiał zostawić po sobie nieporządek. Postanowił to sobie jakoś zrekompensować. – Odchodzę – rzucił, ruszając w stronę drzwi. – To znaczy… wychodzę – zreflektował się pospiesznie. – Wynieść śmieci.

Zwinął ledwie w połowie zapełniony worek, zanim zdążyła go przed tym powstrzymać. Zatrzasnął za sobą drzwi nieco nazbyt entuzjastycznie, z werwą, zupełnie jakby wybierał się w jakąś długo wyczekiwaną podróż zamiast do zwyczajnego, cuchnącego kontenera pod blokiem. Przez chwilę patrzyła w te drzwi jak urzeczona, zastanawiając się, jakby to było, gdyby już nie wrócił. Co by poczuła, gdyby chwilę temu widzieli się po raz ostatni? Odpowiedź nadeszła błyskawicznie, ponieważ była nad wyraz oczywista – nic. W jej życiu nie zmieniłoby się zupełnie nic. Ta myśl dziwnie ją uspokoiła. Oto bowiem posiadała coś, czego nikt nie mógł jej już nigdy odebrać – niczym niezachwianą życiową stabilizację. To było jej największe zwycięstwo. Szkoda tylko, że pozostawiało po sobie tak gorzki posmak.

Impuls numer dwa

Tak bardzo niepierwszy i nieostatni to raz, kiedy myślę, czuję, odnoszę wrażenie, że czegoś już mam dość, czegoś w nadmiarze, a czegoś ciągle za mało. Ciężko mi się żyje ze mną – tak, absolutnie wiem, jak idiotycznie, megalomańsko to brzmi. Ludzie myślą, że jak się nie uśmiecham, to znaczy, że jestem nie w humorze, a co oni mogą w ogóle wiedzieć o humorze? Cóż, uświadomcie sobie, że jeśli nie uśmiecham się na wasz widok, to znaczy, że sobie na to nie zasłużyliście. Och, jakież to małostkowe, powinnam pójść za to na stos.

Cóż, tym razem nie rządzi mną żadna siła twórcza ani naprawcza. Wracałam dziś do domu z impulsem niszczenia, choć ja to wolę nazywać sprzątaniem. A potem to, co kiedyś było treścią, zastąpiłam motylem, takim o:

$$$$$____________________$$$$$
$$$$$$$$_____________,,$$$$$$$$
_$$$$$$$$,,__________,,$$$$$$$$
_$$$$$$$$$$__ .___._$$$$$$$$$$
__$$$$$$$$$$,_’.__.’,,$$$$$$$$$$
__$$$$$$$$$$,, ‚.__,’_$$$$$$$$$$
__$$$$$$$$$$$$.@:.$$$$$$$$$$$
___***$$$$$$$$@@$$$$$$$$$*
____,,,__*$$$$$$@.$$$$$$,,,,,,
___,,$$$$$$$$$* @ *$$$$$$$$$$
_$$$$$$$$$$$*_@@_*$$$$$$$$$$
_$$$$$$$$$$$__.@.__*$$$$$$$$$$
*$$$$$$$$$$___*___*__$$$$$$$$$
*$$$$$$$$$____________$$$$$$$$
_,;$*$,$$**’____________**’$$*$*
____,;’*
,,,,.;*
*.°
º
…°
….O
…….°o O ° O
……………..°
………….. °
…………. O
………….o….o°o
……………..O….°
…………o°°O…..o
………..O……….O
…………° o o o O

Ucieszyło mnie to na jakąś chwilę czy parę chwil. Człowiek czasem bywa takim infantylnym idiotą. Nie, nie człowiek – ja bywam. A może zwyczajnie lubię porządek – chcę, by był gdziekolwiek, skoro nie ma go we mnie ani wokół mnie. Najważniejsze to nie żałować, co nie?

Ktokolwiek przeczytałby ten bełkot, zapewne niewiele by z niego zrozumiał, jeśli w ogóle coś. Ale nie o zrozumienie mi chodzi, tylko o oddech. Potrzebuję czasem pogadać sama ze sobą, tak dla zdrowia. Tylko coraz częściej kończy się na tym, że nie mam najmniejszego pojęcia, co powinnam sobie powiedzieć.

Sieci pajęcze – opowiadanie #2

– Spójrz – szepczę, ciasno splątując palce jego silnej dłoni z moimi – chudymi, kościstymi, wątłymi. – Czyż i my nie jesteśmy do nich podobni?

– Nie – odpowiada stanowczo, a z jego twarzy nie potrafię wyczytać kompletnie żadnych emocji. – To oni mogli być podobni do nas, ale nie chcieli.

– Skąd możesz to wiedzieć? – obruszam się, choć sama nie wiem dlaczego. – Może po prostu… nie mieli wyboru.

– Zawsze jest jakiś wybór – rzecze on, nadal całkowicie niewzruszony. – We wszystkie sieci ograniczeń ludzie wplątują się wyłącznie…

– …z własnej woli, wiem – kończę za niego, choć zupełnie bez przekonania. Swoją drogą to dziwne, że jesteśmy, jacy jesteśmy. Teoretycznie to ja powinnam trzymać się bliżej rzeczywistości, szukając nieistniejącej prawdy absolutnej, zamiast rozważać różne opcje i filozofować. A on powinien być tym, który nie dba o żadne ograniczenia, kreuje rzeczywistość po swojemu i nagina ją ku nieistniejącym zasadom.

Zdaje mi się, że kiedyś naprawdę byliśmy inni – ulepieni wedle „powinności”, uformowani w odgórnie określony kształt. I działaliśmy, jak nam przykazano – cicho i precyzyjnie. Kiedy nastąpiły te wszystkie zmiany? Zupełnie jakbyśmy nagle spojrzeli w lustro i zamienili się miejscami z własnymi odbiciami, nim zdołaliśmy się zorientować, jak fatalne może to przynieść konsekwencje. A może jesteśmy po prostu wadliwi i jak dotąd nie znalazł się nikt, kto potrafiłby naprawić nasze usterki… Znów niepotrzebnie brnę we własną filozofię.

Robię kilka niespiesznych kroków naprzód, pociągając go za sobą. Wciąż trzymamy się za ręce, a on nie stawia oporu, podąża za mną niczym grzeczne dziecko. Wiem, że nie robi tego bezmyślnie czy bezcelowo – on nigdy nie robi nic bez celu, ja zresztą też nie. Na tym przecież to wszystko polega, na tym polegamy my. Snujemy się wolno wzdłuż pogrążonego w ciepłym półmroku korytarza, podziwiając owoce naszej pracy. Ale czy na pewno naszej? Nie – oni wszyscy sami sobie na to ciężko zapracowali.

Ludzie bywają tacy naiwni. Wydaje im się, że niebo i piekło, jakkolwiek by ich nie pojmować i nie określać, są szczelnie zamknięte w obrębie pewnych nieprzekraczalnych, nieprzenikalnych granic. Że wystarczy nie zbaczać z raz obranej ścieżki, by trafić do celu. A prawda jest taka, że jedyne granice, jakie mogą ich powstrzymać, znajdują się wyłącznie w ich głowach – to nie świat muszą złamać, aby się ich pozbyć, lecz swą własną wolę. Proste drogi zaś, zamiast do celu, prowadzą raczej do celi – utkanej z lepkich, mocnych pajęczyn, które sami dla siebie uparcie tkali przez całe życie. Wiem, że to prawda, bo widziałam tych cel już tysiące. Sama również gniłam w podobnej, pochwycona we własne sidła i bezradna najbardziej poniżającą bezradnością, póki nie zdrapałam własnej skóry i nie wyłamałam kości ze stawów, by się wyswobodzić. Czy żałuję? Tak, nawet bardzo. Że tak długo z tym zwlekałam.

Wszyscy ludzie są jak pająki – czy tego chcą, czy nie. Przez całe życie uparcie tkają swoją doskonałą pajęczynę nićmi marzeń, potrzeb i zobowiązań. Próbują nadać jej idealny kształt, elastyczność i siłę, by wyłapywać w nią co tłustsze okazy niezwykłych dokonań i sukcesów, a potem karmić się nimi aż do przesytu. Lecz z czasem zaczyna ich to przerastać, zaczynają tkać coraz bardziej niedbale, aż wreszcie nitki pękają pod ich własnym ciężarem, powodując całą lawinę zniszczenia, a oni sami wplątują się bezradnie w ich pozostałości i nagle orientują się, że z drapieżnika zmienili się w ofiarę. Wówczas jest już jednak za późno. Pajęczyna oczekiwań i obowiązków tak ciasno ich oplata, że nie mogą nawet oddychać. Wtedy mają tę ostatnią szansę, by połamać samych siebie i zacząć żyć od nowa… lub mogą zwyczajnie poczekać, aż uwolni ich jedyna sprawiedliwa rzecz tego świata – śmierć. Lecz ja… nie, ja wcale nie jestem taka sprawiedliwa, jak mawiają. A już z całą pewnością nie bywam łaskawa.

– Miejcie łaskę nade mną, czarnoskrzydłe anioły – słyszę głos po swej prawicy. Odwracam się i przystaję, a towarzysz mej wędrówki zatrzymuje się tuż obok. Oboje spoglądamy na tego, który przed chwilą przemówił. Jego poprzednie słowa brzmiały jak modlitwa, lecz teraz nasze spojrzenia się krzyżują, a ton jego głosu ulega zmianie, gdy ponownie się odzywa: – Uczono mnie, bym zawsze postępował szlachetnie, a ja nigdy z tej ścieżki nie zboczyłem. Czyż nie jest rzeczą szlachetną słusznie szlachtować nieszlachetnych? Mówili mi: „zawsze kończ, co zacząłeś”, więc kończyłem ich życie, gdy wymagało zakończenia. Co jest teraz moją nagrodą?

Pajęczynę ma ciasną i mocną niczym tytan – widzę wyraźnie, jak przecina mu skórę i mięśnie do samych kości. To nie złe uczynki taką ją uczyniły, lecz siła nawyku i pragnienia, których nigdy nie zdołał przełamać. Nie żałowałabym człowieka, nie żal mi zatem i cienia, który pozostanie schwytany we własne sidła już zawsze. Wtem czuję, jak palce mego towarzysza zaciskają się coraz mocniej na mojej dłoni. Odwracam głowę, by zaraz potem podążyć za jego spojrzeniem i widzę… Widzę czyste piękno.

Sieci pajęcze, utkane jakby z mgły, splątane w finezyjne wzory, przeplatane nikłym światłem niewiadomego pochodzenia, które delikatnie ślizga się po pokrywających całą pajęczynę drobnych kroplach. Krople wyglądają jak diamenty, a ja z trudem jestem w stanie powstrzymać się przed podbiegnięciem do nich, by sprawdzić, czy faktycznie nimi nie są. Zamiast tego podchodzę bardzo powoli, a on cały czas ze mną, niby cień, niby bliźniaczy brat, papugujący wszystkie moje ruchy. Mimowolnie rozchylam lekko usta w parodii uśmiechu i mam niejasne wrażenie, że on również to czyni, choć na niego nie patrzę. Wpatruję się w krople jak zaczarowana – z bliska mam już pewność, że nie są diamentami, potrzebuję jednak dłuższej chwili, by wreszcie pojąć, czym są tak naprawdę. To nie rosa osiadła na sieciach pajęczych, lecz łzy – tysiące, może miliony łez… jej łez. Kobiety o licach bledszych od księżyca, która jest muchą w tej pajęczynie. Zaplątaną i zapłakaną, a mimo to pełną uroku.

– Uczyli mnie, że należy stawiać czoła przeciwnościom – dociera do mnie jej szept. – Mówili: „nie możesz odejść, musisz trwać, cokolwiek by się nie działo”. Niczym skała w samym środku rwącego nurtu, który bezustannie chłoszcze ją do granic wytrzymałości. Nie byłam jednak skałą, a piórkiem, które dało się porwać i zniszczyć. A teraz jestem wodą, która nie przestaje płynąć, nie pozwalając zapomnieć…

Rozumiem ją, tak dobrze ją rozumiem! Gdybym tylko mogła ją uwolnić od niej samej… Puszczam nagle męską dłoń i podchodzę bliżej uwięzionej kobiety. Tak bardzo chcę dotknąć tych delikatnych nitek i poczuć na palcach słoną wilgoć, że nie potrafię się powstrzymać. Impulsy – to one ostatecznie pozwalają nam rozrywać na strzępy pajęczynę powinności i zaczerpnąć powietrza. O ile są wystarczająco silne. Ona najwyraźniej popełniła w swym marnym życiu wyłącznie jeden wart odnotowania grzech, za to zdecydowanie należący do tych najcięższych – grzech zaniechania.

– Stój – słyszę za sobą męski głos. Jak on może wciąż być taki opanowany? Przechodzi mnie nagły dreszcz, lecz nie mogę się teraz wycofać. Wyciągam rękę i już po chwili moje palce przesuwają się wzdłuż pajęczyny, łapiąc kilka chłodnych kropli. Wtem z moich ust mimowolnie wydobywa się krótki syk. Unoszę dłoń i bezradnie spoglądam na swoje skrwawione palce. Ból zaczyna coraz silniej pulsować w poszarpanych opuszkach, a ja wolno przymykam powieki, delektując się nim.

– Coś ty najlepszego zrobiła? – znów się do mnie odzywa, a potem niespodziewanie łapie moją zranioną rękę w kleszcze swego uścisku i odwraca mnie ku sobie, bym mogła spojrzeć mu w twarz. Przez chwilę studiuję uważnie jego oblicze i oczy, poszukując w nich jakiegokolwiek śladu złości czy niepokoju. Nie znajduję nic. Wzdłuż ścian korytarza przetacza się nagle jakiś dziwaczny dźwięk – jakby zgrzyt i jęk od dawna nieoliwionych zawiasów. Zaraz potem gardłowe jęki zaczynają się wydobywać również z rozlicznych ust osamotnionych w swoich pajęczynach duszyczek – a przynajmniej tych, które wciąż wspomniane usta mają.

– Czas na nas – mówię cicho, sięgając wolną ręką za pas, gdzie schowałam swoją niezawodną broń. Jednym ruchem wyjmuję długi sztylet i sprawnie umieszczam go w sercu mego towarzysza po samą rękojeść. – Mój przyjacielu… – szepczę, przekręcając ostrze w lewo. – Bracie… – Przekręcam po raz kolejny. – Mój kochany… – I ostatni raz, nim mężczyzna osuwa się bezwładnie na ziemię, nie wydając przy tym z siebie nawet najcichszego dźwięku. Przyklękam przy nim i kładę moją poranioną dłoń na jego piersi. Nasza krew miesza się ze sobą, a ja pozwalam sobie na bezradne westchnienie. Tak to musiało się skończyć. Tak kończy się to zawsze.

Pamiętam czasy, kiedy byłam gotowa zabić, by udowodnić, że mam rację, nawet jeśli wcale jej nie miałam. I robiłam to – udowadniałam swą rację z całą nieprzejednaną dosadnością moich słów i czynów. Byłam w tym tak piekielnie dobra, że mogłabym to robić całą wieczność… dosłownie. Mawiają, że powinno się robić to, co potrafi się najlepiej, nie dziwcie się zatem temu, co teraz powiem. Jestem morderczynią. Śmiercią we własnej pokracznej osobie. Codziennie zabijam nieswoje marzenia i sny, które wcześniej zbiera on – mój brat i przyjaciel. Jesteśmy jak Hypnos i Tanatos – sen i śmierć, marzenie i rzeczywistość. On mami i obiecuje, ja poniewieram i niszczę. On jednakże zawsze powraca do życia, prędzej lub później i jest to jedyna rzecz, na którą nie mam żadnego wpływu. Nie musicie się mnie obawiać, choć potrafię zadawać bardzo bolesne ciosy. Was również mogę zniszczyć… pewnego dnia. Lecz jedynie wówczas, gdy mi na to pozwolicie.